Rozdział 6
25 październik 2016
"Ania wraca z nową piosenką","Czy to wielki powrót Anny?","Co mówią o niej piosenki?","Kryzys z Marco zakończony","Szczęśliwa para na wakacjach"...
Tak brzmiały nagłówki gazet polskich...
Tak,z całą pewnością śmiało może powiedzieć,że jest szczęśliwa przy boku Marco...Nie chciała ani dłużej ukrywać uczucia ani zwodzić chłopaka.Reus zaakceptował jej karierę choć czasami nie ukrywa,że nie skacze z radości.
-Piszą,że robiłam sobie operacje nosa-zaśmiała się do różowego laptopa którego sprawiła sobie po pierwszym koncercie-jak myślisz to prawda?Aż taki brzydki nos mam żeby go operować-zaczęła się wygłupiać i robić śmieszne miny.
-Nie kotek,jesteś idealna-odpowiedział całując ją w tą część twarzy.Kiedy tylko usiadł na kanapie dziewczyna zarzuciła mu swoje nogi na jego kolana.-kiedy wyjeżdżasz?-zapytał a w jego głosie można było dostrzec nutkę żalu i przykrości.
-Jutro,na dwa dni,gram koncert w Warszawie i wracam-zaśmiała się energicznie.Miała w sobie tyle energii odkąd zaczęła grać,cieszyła się każdą chwilą z fanami.Wiedziała doskonale jak odebrali jej powrót,zadowolona była,że nikt nie "hejtował" jej za to.
-Chciałabym żebyś 1 listopada poszła ze mną na cmentarz,odwiedzić grób babci.
-Jasne,chętnie z tobą pójdę-pocałowała go w usta-może pojedziesz ze mną do warszawy?
-Nie,Ana mam swoje obowiązki-mruknął.Dziewczyna zauważyła iż chłopak nie cieszył się tak jak ona i choć wydawało jej się,że wszystko jest w porządku to chyba wcale tak nie było,męczył się każdego dnia coraz bardziej i ona to widziała....On chce czegoś,czego ona mu nie da na pewno tak szybko....
Położył się na łóżku we wspólnej sypialni.Dusił się?Nie,on chciał żeby ona była szczęśliwa.Cieszył się gdy z tymi światełkami w oczach opowiadała mu o swoich przygodach na koncercie,cieszyła go każda pozytywna recenzja na temat jej piosenek,ale...chciał więcej,chciał stabilizacji,rodziny,kochającej żony i choć doskonale wiedział,że zrobi wszystko aby Ana była szczęśliwa to jednak czuł coraz większą pustkę,Kiedy wyjeżdżała,on przychodził do domu i jak gdyby nigdy nic od razu kładł się spać,gdy jej nie ma woli to przespać...
-Marco wszystko w porządku?-usłyszał głos swojej żony.
-Nie,nie jest w porządku Ana-burknął-nie chcesz mieć swoich dzieci?Okej,ale błagam cię adoptujmy dziecko,nie chcę...nie potrafię tak,zawsze chciałem mieć dużo dzieci...
-Rozmawialiśmy o tym,daj mi te cholerne dwa lata i będę ci rodzić dzieci,nawet jedno po drugim.
-Nie umiem tak przepraszam-wyszedł trzaskając drzwiami.Jesienne,mroźne powietrze przyjemnie muskało go po ciele.Szedł wściekły.Było mu tak gorąco,że nawet kurtka,którą trzymał w ręku,nie była mu do niczego potrzebna.Sięgnął do tylnej kieszeni i wyjął z niej telefon,wybierając numer pani Tustchel,psychologa piłkarzy.
Po chwili siedział już w barze,a po krótkim czasie dołączyła do niego,niska w średnim wieku,zadbana kobieta,uśmiechnęła się tylko wyrozumiale,wiedziała doskonale o co chodzi,Marco choć nie mówi o tym Anie,od dawna korzysta z jej pomocy...sam psychicznie by sobie nie poradził...
Płakała,nie pierwszy i nie ostatni raz.Wydawało jej się,że Marco ją rozumie,chyba się myliła.Nie chciała dopuścić nawet do siebie myśli,że mogłaby go na zawsze stracić przez kłótnie o dziecko.
Lubiła dzieci i chciała je mieć...ale nie była gotowa do tego już teraz i choć nie raz widziała jak Marco bawi się z Sarą,ile jej poświęca uwagi,jak ją uspokaja,to i tak nie była na to gotowa...Dzwoniła do niego piąty raz,ale nie odbierał.Była wściekła i zarazem bezsilna,ruszyła w stronę szafki w której leżały wszystkie tabletki antykoncepcyjne,chce dziecka?Będą je mieli.Chciała żeby to on był w pełni szczęśliwy...
-Może przyjdziecie razem z Ana?Porozmawiamy we trójkę?-zaproponowała psycholog.
-Nie,to nie ma sensu,jak Ana usłyszy,że korzystam z porad od psychologa to będzie myślała,że jestem jakimś psychopatą-burknął.Od pięciu minut mieszał kawę łyżeczką,właściwie nie wiedział czemu to robi...nigdy nie słodził i tym razem też tak było...
-Uważam,że powinniście pójść na kompromis...Rok dajcie sobie rok czasu,powiedz,że dwóch lat nie będziesz czekał.Ona też musi trochę ustąpić,ale nie wywieraj na niej aż takiej presji...Jeśli ona nie czuje macierzyństwa to nie będzie dobrą matką i wszystkie obowiązki spadną na ciebie,a chyba chcesz żeby i ona była szczęśliwa,żeby to dziecko przyćmiło jej cały świat,żeby szczerze go pragnęła?
-Ja robię wszystko żeby ona była szczęśliwa,tylko ona chyba tego nie docenia...
-Docenia,tylko jeszcze nie do końca to wszystko rozumie,szybko się ustatkowaliście,dla ciebie zrezygnowała z kariery,uwierz ona teraz chcę się wyszaleć...
-Czyli to wszystko moja wina?
-Nie Marco,wina leży po obu stronach.Gdyby ona wtedy nie rzuciła śpiewania to może i teraz już się ustatkowała,ale zrobiła to dla ciebie...A ty teraz poszedłeś na ustępstwo i pozwoliłeś jej szaleć...Obojgu wam chyba potrzebny jest dobry urlop we dwoje...
-Ona gra teraz mnóstwo koncertów-prychnął-nie ma na to czasu.
-Ty też jak jechałeś na mecz wyjazdowy nie miałeś dla niej czasu.Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka.Zrozum Marco,ona niedługo wróci...wróci jak normalna ciepła,kochająca żona...Daj jej trochę czasu...
"Ania wraca z nową piosenką","Czy to wielki powrót Anny?","Co mówią o niej piosenki?","Kryzys z Marco zakończony","Szczęśliwa para na wakacjach"...
Tak brzmiały nagłówki gazet polskich...
Tak,z całą pewnością śmiało może powiedzieć,że jest szczęśliwa przy boku Marco...Nie chciała ani dłużej ukrywać uczucia ani zwodzić chłopaka.Reus zaakceptował jej karierę choć czasami nie ukrywa,że nie skacze z radości.
-Piszą,że robiłam sobie operacje nosa-zaśmiała się do różowego laptopa którego sprawiła sobie po pierwszym koncercie-jak myślisz to prawda?Aż taki brzydki nos mam żeby go operować-zaczęła się wygłupiać i robić śmieszne miny.
-Nie kotek,jesteś idealna-odpowiedział całując ją w tą część twarzy.Kiedy tylko usiadł na kanapie dziewczyna zarzuciła mu swoje nogi na jego kolana.-kiedy wyjeżdżasz?-zapytał a w jego głosie można było dostrzec nutkę żalu i przykrości.
-Jutro,na dwa dni,gram koncert w Warszawie i wracam-zaśmiała się energicznie.Miała w sobie tyle energii odkąd zaczęła grać,cieszyła się każdą chwilą z fanami.Wiedziała doskonale jak odebrali jej powrót,zadowolona była,że nikt nie "hejtował" jej za to.
-Chciałabym żebyś 1 listopada poszła ze mną na cmentarz,odwiedzić grób babci.
-Jasne,chętnie z tobą pójdę-pocałowała go w usta-może pojedziesz ze mną do warszawy?
-Nie,Ana mam swoje obowiązki-mruknął.Dziewczyna zauważyła iż chłopak nie cieszył się tak jak ona i choć wydawało jej się,że wszystko jest w porządku to chyba wcale tak nie było,męczył się każdego dnia coraz bardziej i ona to widziała....On chce czegoś,czego ona mu nie da na pewno tak szybko....
Położył się na łóżku we wspólnej sypialni.Dusił się?Nie,on chciał żeby ona była szczęśliwa.Cieszył się gdy z tymi światełkami w oczach opowiadała mu o swoich przygodach na koncercie,cieszyła go każda pozytywna recenzja na temat jej piosenek,ale...chciał więcej,chciał stabilizacji,rodziny,kochającej żony i choć doskonale wiedział,że zrobi wszystko aby Ana była szczęśliwa to jednak czuł coraz większą pustkę,Kiedy wyjeżdżała,on przychodził do domu i jak gdyby nigdy nic od razu kładł się spać,gdy jej nie ma woli to przespać...
-Marco wszystko w porządku?-usłyszał głos swojej żony.
-Nie,nie jest w porządku Ana-burknął-nie chcesz mieć swoich dzieci?Okej,ale błagam cię adoptujmy dziecko,nie chcę...nie potrafię tak,zawsze chciałem mieć dużo dzieci...
-Rozmawialiśmy o tym,daj mi te cholerne dwa lata i będę ci rodzić dzieci,nawet jedno po drugim.
-Nie umiem tak przepraszam-wyszedł trzaskając drzwiami.Jesienne,mroźne powietrze przyjemnie muskało go po ciele.Szedł wściekły.Było mu tak gorąco,że nawet kurtka,którą trzymał w ręku,nie była mu do niczego potrzebna.Sięgnął do tylnej kieszeni i wyjął z niej telefon,wybierając numer pani Tustchel,psychologa piłkarzy.
Po chwili siedział już w barze,a po krótkim czasie dołączyła do niego,niska w średnim wieku,zadbana kobieta,uśmiechnęła się tylko wyrozumiale,wiedziała doskonale o co chodzi,Marco choć nie mówi o tym Anie,od dawna korzysta z jej pomocy...sam psychicznie by sobie nie poradził...
Płakała,nie pierwszy i nie ostatni raz.Wydawało jej się,że Marco ją rozumie,chyba się myliła.Nie chciała dopuścić nawet do siebie myśli,że mogłaby go na zawsze stracić przez kłótnie o dziecko.
Lubiła dzieci i chciała je mieć...ale nie była gotowa do tego już teraz i choć nie raz widziała jak Marco bawi się z Sarą,ile jej poświęca uwagi,jak ją uspokaja,to i tak nie była na to gotowa...Dzwoniła do niego piąty raz,ale nie odbierał.Była wściekła i zarazem bezsilna,ruszyła w stronę szafki w której leżały wszystkie tabletki antykoncepcyjne,chce dziecka?Będą je mieli.Chciała żeby to on był w pełni szczęśliwy...
-Może przyjdziecie razem z Ana?Porozmawiamy we trójkę?-zaproponowała psycholog.
-Nie,to nie ma sensu,jak Ana usłyszy,że korzystam z porad od psychologa to będzie myślała,że jestem jakimś psychopatą-burknął.Od pięciu minut mieszał kawę łyżeczką,właściwie nie wiedział czemu to robi...nigdy nie słodził i tym razem też tak było...
-Uważam,że powinniście pójść na kompromis...Rok dajcie sobie rok czasu,powiedz,że dwóch lat nie będziesz czekał.Ona też musi trochę ustąpić,ale nie wywieraj na niej aż takiej presji...Jeśli ona nie czuje macierzyństwa to nie będzie dobrą matką i wszystkie obowiązki spadną na ciebie,a chyba chcesz żeby i ona była szczęśliwa,żeby to dziecko przyćmiło jej cały świat,żeby szczerze go pragnęła?
-Ja robię wszystko żeby ona była szczęśliwa,tylko ona chyba tego nie docenia...
-Docenia,tylko jeszcze nie do końca to wszystko rozumie,szybko się ustatkowaliście,dla ciebie zrezygnowała z kariery,uwierz ona teraz chcę się wyszaleć...
-Czyli to wszystko moja wina?
-Nie Marco,wina leży po obu stronach.Gdyby ona wtedy nie rzuciła śpiewania to może i teraz już się ustatkowała,ale zrobiła to dla ciebie...A ty teraz poszedłeś na ustępstwo i pozwoliłeś jej szaleć...Obojgu wam chyba potrzebny jest dobry urlop we dwoje...
-Ona gra teraz mnóstwo koncertów-prychnął-nie ma na to czasu.
-Ty też jak jechałeś na mecz wyjazdowy nie miałeś dla niej czasu.Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka.Zrozum Marco,ona niedługo wróci...wróci jak normalna ciepła,kochająca żona...Daj jej trochę czasu...

Zapraszam na rozdział 19 ;)
OdpowiedzUsuńhttp://definition-of-destiny.blogspot.com/2016/10/19-jak-nie-podrywac-faceta.html
Pozdrawiam ;*
PS. powoli nadrobię zaległości ;)
Jestem z ogromnym spóźnieniem za co przepraszam.
OdpowiedzUsuńStrasznie smutny był ten rozdział. Tak się zaczynam zastanawiać, czy ich małżeństwo ma sens. Oni nie mogą bez siebie żyć, ale ze sobą też nie. Na chwilę obecną chyba nawet żaden kompromis nie wchodzi w grę.
Ona na początku zrezygnowała z kariery, przez co prawie rozpadło się ich małżeństwo.
Potem on pozwolił jej wrócić, a sam oparł się aż u psychologa.
Oni się tylko męczą. Mam nadzieje, że znajdą ten swój złoty środek ;)
Czekam na kolejny i przy okazji zapraszam do siebie na rozdział 20 do Piszczka:
http://definition-of-destiny.blogspot.com/2016/10/20-jak-pies-ogrodnika.html
oraz na 4 do Dortmundczyków:
http://hunting--season.blogspot.com/2016/10/4-byleby-tylko-ratowac-swoj-tyek.html
Pozdrawiam ;*